życie

Myślę, że „odhaczanie” kolejnych celów zbyt często staje się dla nas priorytetem w życiu.

W ciągu całego naszego życia, uczy się nas, że jesteśmy warci tyle, ile zdobędziemy. Że jesteśmy warci tyle, ile osiągniemy, jaki zdobędziemy status społeczny i ile dóbr materialnych zgromadzimy. O ile nie mówi się nam o tym wprost, to marketing internetowy i telewizyjny dba, aby na bieżąco programować w nas ten sposób myślenia przez całe nasze życie, już od najmłodszych lat. Na reklamach możemy obserwować ludzi, którzy zawsze są uśmiechnięci i szczęśliwi używając produktu danej marki. Podświadomie dociera do nas komunikat „Będziesz szczęśliwy dopiero, kiedy kupisz ten produkt”. Niektóre z nich np. marki znanych samochodów dają nam jeszcze poczucie „statusu”. Przekaz, który idzie za tego typu marką mówi nam „Kup nasz samochód, wtedy staniesz się człowiekiem z klasą”.

Żeby było jasne, nie mam nic przeciwko osiąganiu sukcesów, kupowaniu drogich samochodów i innych przedmiotów. Natomiast zdecydowanie jestem już przeciwko uzależnianiu swojego poczucia własnej wartości od tego co posiadamy, jaki mamy status społeczny czy pozycję w firmie. To niestety pułapka w którą łatwo wpaść, a to dlatego, że po pierwsze tak bardzo jesteśmy manipulowani z każdej strony konsumpcjonizmem, czyli postawą polegającą na zdobywaniu, kupowaniu i gromadzeniu dóbr materialnych. Po drugie, zbyt często nie czujemy się wartościowi bezwarunkowo. Tak po prostu, jako ludzie. Dlatego tak kuszące jest uzależnianie swojego poczucia własnej wartości od majątku, samochodu czy statusu w pracy. W efekcie, te dwa czynniki ukształtowały w nas przekonanie, zgodnie z którym jesteśmy warci tyle, ile posiadamy i kim jesteśmy.

Smutne, ale prawdziwe.

„Będę szczęśliwy, kiedy…”

Podejście „jestem wart tyle, ile posiadam” niesie za sobą pewną krytyczną konsekwencję. Związanie swojej wartości w tym, co mamy wywołuje w nas poczucie, że nie jesteśmy wystarczająco wartościowi tacy, jacy jesteśmy teraz. Zaczynamy wtedy warunkować nasze szczęście. W jaki sposób to robimy?

  • „Jak tylko kupię ten dom, to już na pewno będę szczęśliwy.”
  • „Muszę jeszcze tylko poznać drugą połówkę, wtedy już wszystko w moim życiu będzie cudowne.”
  • „Jeszcze tylko zdobędę ten upragniony awans, to już na pewno będę szczęśliwy!”

Widzisz to? Zaczynamy traktować nasze życie jak drogę na szczyt, gdzie po drodze zdobywamy różne dobra materialne, wysoki status społeczny czy wymarzonego partnera.

Takie myślenie jest podstępną pułapką, w której uzależniamy nasze szczęście od zewnętrznych źródeł. Dajesz sobie jasny komunikat – „Skoro będę szczęśliwy dopiero, kiedy poznam drugą połówkę, to w takim razie oznacza, że teraz nie jestem i nie mogę być, dopóki jej nie poznam.” Zaczynasz odczuwać cierpienie, bo czujesz, że czegoś Ci brakuje. W ten sposób błędne koło się zamyka.

Natomiast piszę ten artykuł, aby powiedzieć Ci wyraźnie, że życie to nie zdobywanie szczytu, z którego już nikt nas nie zrzuci, kiedy osiągniemy w końcu swoje cele. Bezpieczna praca. Wybudowany dom. Kupione mieszkanie. Małżeństwo. Zwróć uwagę, że te wszystkie cele dają nam poczucie bezpieczeństwa. Natomiast to poczucie jest złudne.

Życie to nie podbijanie szczytu, które ma sprawić, że „w końcu” będziemy szczęśliwi. Życie jest zawsze sinusoidą, gdzie raz faktycznie możemy być na samym szczycie, ale zaraz niespodziewanie spadniemy na sam dół. Jednego dnia osiągamy ogromny sukces, aby kolejnego ponieść bolesną porażkę. I gwarantuję Ci, że tak będzie, bo przechodzi przez to każdy z nas.

Cierpienie wynika z przywiązania

Kilka tygodni temu zacząłem intensywnie zagłębiać się w filozofię buddyjską. Jedno z podstawowych założeń tego systemu filozoficznego mówi, że powodem cierpienia jest przywiązanie. Bardzo przekonuje mnie takie podejście, ponieważ pozwoliło mi zaakceptować wiele faktów, z którymi nie chciałem się do tej pory pogodzić.

Jednym z najważniejszych jest myśl, zgodnie z którą nasze życie jest bardziej jak podróż przez góry, niż zdobywanie szczytu, jak często nam się wydaje. Raz jesteśmy na szczycie (odczuwamy wtedy spokój i szczęście), ale za moment będziemy schodzili z tej góry i będziemy w dolinie (poczujemy stres, smutek lub niepokój) i to jest całkowicie w porządku. Zauważ, że właśnie tak wygląda nasze życie. Wszystko w nim z czasem przemija. Kiedy to zaakceptujesz, przestaniesz dogadzać swoim potrzebom, które w wielu wypadkach okażą się tak naprawdę tylko wyimaginowanym zachciankom i poczujesz bezwzględny spokój. Wtedy dopiero jesteś w stanie cieszyć się życiem takim, jakie faktycznie jest.

Smutek, cierpienie, stres. Zaczynasz to wszystko akceptować, bo wiesz, że i tak przeminie. To ogromny przejaw dużej samoświadomości i inteligencji emocjonalnej.

Zwróć szczególną uwagę, jak zgodne jest to podejście z uzależnianiem swojego szczęścia od konsumpcjonizmu, o którym pisałem w pierwszej części artykułu. Nagle okazuje się, że nie potrzebujesz do szczęścia swojego wymarzonego domu, o którym marzysz, ani stanowiska kierowniczego, o które zabiegasz. Nagle zdajesz sobie sprawę, że możesz być bezwarunkowo szczęśliwy wiedząc, że w tym momencie jest w porządku tak, jak jest. Niezależnie od tego, jak się w danym momencie czujesz.

Wiedz jednak, że takie podejście może być bardzo trudne do zaakceptowania, ponieważ musisz odrzucić wszystkie kuszące myśli, które dotychczas kierowały Twoim życiem i Twoim potrzebom. To nie łatwy proces, wymagający sporo akceptacji i wglądu w siebie, natomiast zaufaj mi, że warto.

Zaakceptuj swoje życie takie jakie jest, po prostu. Ze wszystkimi „brakami”, które odczuwasz.

I zapamiętaj, Twoje życie to nie osiąganie kolejnych celów. To nie zdobywanie szczytu. To podróż, w której raz dostajesz się na szczyt góry, a raz schodzisz do jej podnóża. I tak przez cały czas. Najważniejsze jest to, że cały czas jesteś w tej podróży. Oznacza to, że wszystko w niej przeminie, a więc to ta podróż jest tutaj najważniejsza. To ona daje Ci to, co najbardziej wartościowe – doświadczenia. To one budują Ciebie, jako człowieka. Takie podejście pozwala na pełną akceptację tego co jest, bez uzależniania swojego szczęścia od tego, co w danym momencie mamy i kim jesteśmy.

dawid haracz

Cześć! Nazywam się Dawid.

Jestem aktywistą edukacyjnym. Dążę do utworzenia systemu edukacyjnego, który pozwoli w końcu na edukację świadomego i szczęśliwego człowieka XXI wieku. Jeżeli zechcesz mi towarzyszyć w mojej misji, zapraszam Cię do śledzenia mnie w mediach społecznościowych 🙂

Więcej na mój temat przeczytasz TUTAJ.

Wszystkiego dobrego,
Dawid.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.